Natural Dread Killaz - Naturalnie (2005) 2006-03-26 22:00:59



Z NDK zetknąłem się na... Chwila, gdzieś miałem ten plakat. O! One Love Stage Exkluzive w ZG. Widząc charakterystyczne kolory plakatów, zebraliśmy ekipę, zrobiliśmy zrzutkę i z czym trzeba ruszyliśmy na imprezę. 8 godzin reggae, dubów, dancehalli i sound systemów na dwóch salach, okraszonych taką liczbą gibonów, że gdyby były to prawdziwe zwierzęta to pojawiwszy się z nimi w ZOO zwiększylibyśmy o kilkaset procent populacje naczelnych - wszystko to sprawiło, że byliśmy w specyficznym stanie. Śledzenie ścieżek wytyczanych przez słoje drewna na stolikach, czasami z zamkniętymi oczyma, stało się lokalną rozrywką. Co gorsza nawet ciekawsze przedstawicielki gatunku dread-foczek powodowowały tylko krótkie pobudzenie umysłowe, zazwyczaj i tak sprowadzające się do zadania w głowie pytania: "Ciekawe czy by ze mną zajarała?" I mimo stanu kompletnego zbetonienia, umożliwijającego wykorzystanie nas w charakterze fundamentów największej hydroplantacji w Holandii gdy Natural Dread Killaz weszli na scenę odżyliśmy. Ta ekipa to czysta energia, to bomba w momencie eksplozji, to zapis EEG Twojego mózgu po dwóch miesiącach niejarania i powąchaniu dobrego ziółka. Jeszcze nigdy nie widziałem by zespół był tak idealnie zgrany na scenie. Efekt jest niesamowity.
Toteż gdy kilka dni później zdobyłem płytkę NDK - Naturalnie od razu wrzuciłem ja do Foobarka. I jestem trochę zawiedziony. Płyta jest dobra, świetnie nada się na jakąś imprezkę, można też przy niej spokojnie posiedzieć i kontemplować płucami. Ale brakuje jej energii i siły występu na żywo. No i gdy tak na spokojniej człowiek zacznie się wsłuchiwać to niektóre z tekstów są na, klasycznym dla reggae, intelektualnym poziomie 6cio latków (z drugiej strony "Uwierz w siebie znam na pamięć :-) Sporo też elementów hh i okolic.

Ocena:

Warto posłuchać lub chociaż przesłuchać. Brakuje tej radości i siły z występów na żywo lecz to wciąż dobra, skrajnie optymistyczna płyta wchodząca miło zwłaszcza w odpowiednim stanie.

Dr Cannabil

skomentuj (2)

Pearl Jam - Ten [1991] 2005-12-22 22:03:47



I admit, what’s to say, yeah
I’ll relieve it, without pain…

...that I’ve started to like the music o Pearl Jam...


:-/

KURWA!

MAĆ!

Zaczyna mnie to naprawdę wkurzać. Ten rok jest wyjątkowo dziwny, nieprzewidywalny. Zmieniam się, to normalne, ale żeby niegdyś rzeczy określane przeze mnie gównami, wynosić obecnie na piedestał, to już lekka przesada… To tak jakby nagle Giertych zaczął szanować Urbana… ups, właśnie porównałem siebie do Giertycha :/

[wróć]

… to tak jakby Urban zaczął pochlebnie pisać o LPR w „NIE”. No cóż, kto wie ;) W wakacje Coldplay, teraz Pearl Jam…

Son, she said
Have I Got a Little story for you...


Ale jak tu nie lubić tego albumu? Hit za hiciorem. Każdy kawałek zasługuje na miano co najmniej świetnego. Słucha się tego kapitalnie, zwłaszcza w słuchawkach na uszach przemierzając szare ulice miasta. Pysk się cieszy, a z ust po prostu płyną słowa, tak same z siebie wraz z Eddzie Vaderem…

I take a walk outside
I’m surrounded by some kids at play
I can feel their laughter, so why do I sear
Oh, and twisted thoughts that spin round my head


Kapitalnie zgrany zespół grający najprawdziwszy w świecie rock. Mnóstwo smaczków, ot chociażby ta piekna melodia wygrywana na klawiszach w „Black” - moim chyba ulubionym utworem z tej plyty.

Mam paru znajomych, którzy od lat próbowali mnie przekonać do tych dźwięków, a ja za każdym razem kurtuazyjnie odpowiadałem, że „może kiedyś”… to „kiedyś” przyszło za późno, bo wyobrażam sobie teraz te koncerty w katowickim Spodku, o których mi opowiadali i krew mnie zalewa, że przegapiłem taką szansę. Musiało być bosko.

No to tyle pieprzenia, śmiejcie się koledzy redaktorzy ;) kij wam w uszy ;)

I don't show...
I don't share...
I don't need
what you have to give...



Ocena: płyta wybitna. Ciekawe jak inne dokonania...

szlafmyca

skomentuj (6)

Vavamuffin - Vabang! [2005] 2005-12-11 17:20:19



Pierwszy moj kontakt z ta plyta mial miejsce jakiś miesiąc temu. Puf, puf i slysze, ze "...powietrze pachnie jak malinowa mamba, nikt nie przeklina nikt nie mowi karamba...". Pomyslałem, że kolejne smierdzace chujem reggae, ale... Kolejeczka przeszla, i po chwili nr 02 - Jah jest Prezydentem. Ci, ktorzy mnie znaja, wiedza ze nie jestem zbyt ekspresyjny. W chwili obecnej nie znam kawałka przy którym przyjemniej by mi się bujało. Refren tego utworu to dla mnie mistrzostwo świata, nóżki same skaczą, a po 3 minutach stwierdzasz, ze boli Cie gardło od wykrzykiwania tekstu. W następnych dwóch utworach ciężko się odnaleźć, prawdopodobnie wymagają większego pobudzenia receptorów CB1 oraz CB2 by się swobodnie bujać, natomiast przy 05 - Paragon... Mniam.
Na płycie słychać 3 wokale. Lekko spedalony, najczęściej przewijający się głos przyjemnie kontrastuje z mocnymi basami/barytonami i okazjonalnymi chórkami. Jak można wyczytać: ".. muzyka zawarta na "Vabang!" rozciąga się w ramach gatunku raggamuffin, czy też modern roots obfitującym w elementy klasycznego reggae i dancehall'u." No ok. Niech i tak będzie :-) Vabang! obfituje w elemeny reggae. Tłumacząc na bardziej zrozumiały język - spora część tekstów mówi o Jah, pokoju, miłości i tym podobnych pierdach. Zainteresowanym polecam przeczytanie wnikliwe tekstów, mimo IMVHO głupawego przesłania, pokazują, że chłopaki potrafią się bawić słowem.

Ocena:
Jak już masz pakieta i ekipę, podkręć basy, zarzuć Vabang! i wynieś krzesła z pokoju - nie będą potrzebne.

Dr Cannabil

skomentuj (5)

Nine Horses - Snow Borne Sorrow 2005-10-29 12:34:40



Zanosi sie na płytę roku. Dzieło.

Szlafmyca

skomentuj (13)

Colony 5 - Lifeline 2005-10-19 12:30:43



Zadajcie sobie pytanie: co ciekawego dzieje sie na ostatnio scenie EBM/electro? VNV Nation? Bez zartow, prosze. Apoptgma Berzerk? A to ich sie jeszcze zalicza do EBM? Hocico? Skonczyli sie na Signos De Abberacion. :wumpscut: tez nijaki. Na Covenanta jeszcze poczekamy. Assemblage 23 jaki jest kazdy slyszy. Nie rozwijaja sie, graja swoje pedalskie melodyjki dalej. Jest fajne, ale bez zachwytow. Jest chujowo na scenie EBM.

Colony 5 tez nie zachwyca. Lifeline nie jest plyta na miare Empires. Ale jest plyta dobra. Jesli komus podoba sie A23 to i Colony 5 sie spodoba. Podobne pedalskie melodie, podobny pseudo-smutny klimat, podobne teksty. Jest melodyjnie, sa chwytliwe refreny, sa dobre beaty. Ale co z tego? Plyta ta wyszla w 2002 roku, wiec w zaden sposob nie zmienia to faktu, ze Electronic body music is dead. Dead. Dead..

Ocena: Nienajgorsze. Mozna posluchac.

Karburator

skomentuj (1)

Riverside - Second Life Syndrome 2005-10-16 21:07:40



...i've been conceiving you for too long..

Czekalem na ta plyte troche czasu. Od czasu, kiedy bezgranicznie zakochalem sie w Riverside, czyli jakos od lutego/marca 2004. Uwaznie sledzilem wszystkie informacje na temat tego wydawnictwa, a ze mialem okazje spotykac sie kilkunastokrotnie z zespolem przy roznych okazjach, tak wiec informacje byly z pierwszej reki. Mialo byc mocniej. Jest mocniej. Mialo nawiazywac do Out Of Myself. Nawiazuje. Tekstowo i muzycznie (chociazby Reality Dream pt. 3 lub tez After). Po debiucie i minialbumie Voices In My Head oczekiwania co do Second Life Syndrome byly bardzo wysokie.

...before you come and tell me who i am, before you'll try to make me someone else...

I sie nie zawiodlem. W sumie zadne to zaskoczenie dla mnie, poniewaz wiekszosc z 9 utworow, ktore na tej plycie sie znajduja, slyszalem juz w kwietniu tego roku. A niektore nawet duzo wczesniej. W wersjach studyjnych nieznacznie zmienione, glownie w warstwach tekstowych, na koncertach standardowo krolowaly teksty norweskie, ale powiedzmy w takim Volte-Face brakuje mi instrumentalnego intra (mam nadzieje, ze na koncertach beda grali 'po staremu').

...i don't like you cause they like you. i hate you cause they love you...

Jak juz wspominalem, jest mocniej. Skojarzenia z Dream Theater nasuwaja sie duzo czesciej niz w przypadlu debiutanckiej plyty. Artificial Smile nie wiadomo czemu kojarzy mi sie z kolei z mocniejszymi numerami Porcupine Tree. Singlowe Conceiving You i I Turned You Down to jedyne bardziej 'przystepniejsze' utwory na tej plycie. Nie sa przez to slabsze, co to, to nie, Riverside na Voices In My Head pokazali, ze potrafia tworzyc niebanalne progresywne ballady.

i'm standing on the edge about to fall, in the middle of the point of no return, trying to forget those days i failed to act, i'm not going to back out, i've gone too far...

Po pobieznym przestudiowaniu tekstow stwierdzam - sa lepsze niz na Out Of Myself. Dopiero po przesluchaniu Second Life Syndrome zaczalem w pelni rozumiec cala historie opowiedziana na Out Of Myself. I juz nie moge doczekac sie ostatniej czesci trylogii.

...with open arms i'm standing out against my past...

Ocena: Pierwsza plyta powalala klimatem i profesjonalizmem wykonania/nagrania, jak na polskie warunki. Druga plyta pokazuje, ze geniusz debiutu nie byl dzielem przypadku. Jesli trzecia plyta dorowna im poziomem, to bede mogl wnukom opowiadac, ze bylem swiadkiem narodzin legendy swiatowej progresywnej muzyki. Bo Riverside stac na to, aby dorownac najwiekszym. Second Life Syndrome jest na to najlepszym dowodem. Na chwile obecna to murowany kandydat na moja plyte roku (a konkurencja w tym roku jest wyjatkowo zacieta). I watpie, czy do konca roku cos sie zmieni.

Karburator

skomentuj (10)

Metallica - S&M 2005-09-29 23:22:21



Ja wiem, ze tak sie nie powinno robic. I ogolnie to glupio pomagac kolegom notki wstawiac, no ale.. poniewaz autor recenzji, ktora mam zamiar panstwu przedstawic, jest osoba z natury niesmiala, nalezy mu pomoc.

Tak wiec oto jest: pelna recenzja plyty koncertowej zespolu Metallica "S&M", datowana na 26 listopada roku panskiego 1999. Prosze nie zwracac uwagi zbytniej na archaizmy jezykowe. W tamtych czasach tak sie mowilo. Dla ulatwienia na koncu zamieszcze maly slowniczek.
---------------------------------------
A wiec nie bede dawal ocen bo wiekszosc to by byly 10 a wlasciwie to wszystkie:P wiec postaram sie tylko opisac poszczegolne piosenki....

PIOSENKA NUMER 1 - The Ecstasy Of Gold
to wlasciwie nie piosenka ale intro do koncertu... ale za to jakie intro... mniam... wspaniala uczta na dobry poczatek, nie wiedzialem ze ennio morricone wykonywany przez mettalice brzmi tak dobrze! tu jest sama orkiestra, nie gra tu zaden z metallicowcow.

PIOSENKA NUMER 2 - The Call Of Ktulu
ahhh... poezja sama w sobie, nawet bez orkiestru... i chyba by bylo lepiej jakby zostalo bez niej, ale i tak jest meeega, chociaz wlasciwieto ta orkiestra nawet pomaga budowac klimat... ale troche zaglusza gitary, fajne...

PIOSENKA NUMER 3 - Master Of Puppets
Master of puppetz iz pullin' ypur stringz!!! maxx!!! najlepsze na pierwszej stronie!!! i wogole maxx!! bez orkiestry brzmi mega a z nia jeszcze lepiej!!! wspaniale skrzypce i wiolonczele podkreslajace riffy, troche dziwna partia fletow ktorejs tam czesci, ogolnie maxxxx... szczegolnie tem moment okolo 8 minuty... mniam...

PIOSENKA NUMER 4 - Of Wolf And Man
Piekne intro!!! piekne!! skrzypce zabijaja!!! piosenka ogolnie taka sobie, ale z orkiestra rzadzi, orkiestra wspaniale dopelnia riffy gitarowe, tesh maxxx, ale taka jakby forma odpoczynku przed nastepnymi...

PIOSENKA NUMER 5 - The Thing That Should Not Be
aaaaaaaa!!!! to naprawde piosenka ktorej nie powinno byc!!! mordercze, ciezkie, dolujace, klimatyczne, zabojcze, maxymalne, piekne i jeszcze nie wiem jakie brzmienie orkiestry, baaaaaardzo klimatyczny utwor... bardzo.... szczegolnie outro hammetta... klima, po prostu klima....

PIOSENKA NUMER 6 - Fuel
ehhh... tu juz gorzej chociaz nadal extra, taka forma odpoczynku po zabojczym tttsnb i mop, ale i tak te wiolonczele rzadza!! gimme fuel gimme fire gimme orkiestra!!!! maxxxx.....

PIOSENKA NUMER 7 - The Memory Remains
ogolnie nie za bardzo rozni sie od orginalu, ale za to tem ukochany moment z 3:30 zabija i uderza w twarz z taka sila ze zabija na miejscu... zabierzcie te skrzypce....bliblibliblublublobo...... na na na na nana na, nana na na na...

PIOSENKA NUMER 8 - No Leaf Clover
nowe dzelo hetfielda i spolki, maxymalna piosenka najlepsza na stronie b i w ogole, intro orkiestry, jakies dziwne, wchodzi bardzo klimatyczna, spokojna gitara w klimatach.... nothing else matters (cos w tym stylu) zaraz potem pzryspiesza aby zmienic sie w klimatyczny refren z cholernie dziwnym wokalem...... ogolnie maxxxx i druga najlepsza po master of puppetz!!!

PIOSENKA NUMER 9 - Hero Of The Day
powiem tak... niektorym sie podoba, niektorym nie. i tyle.. ja mam mieszane uczucia, bo niby to chala, ale... tak jakos mnie do tej piosenki ciagnie... ze niby to fajne.... grrrr.... to ta orka-sra:))

PIOSENKA NUMER 10 - Devil's Dance
ojoj... nie bardzo... jakos mnie do tej piosenki nie ciagnie.... wedlug mnie najgorsza na kasecie numer 1, oczywiscie orkiestra max, ale ta piosenka mi sie nigdy nie podobala... hiehie...

PIOSENKA NUMER 11 - Bleeding Me
te wiolonczele rzadza!!!! bleed jest nawet fajny, ale daleko mu do takich jak no leaf clover czy chociaz memory remains, ma swoj klimat, ballada ogolnie, a to dobrze, ale troche za spokojne jak dla mnie....

PIOSENKA NUMER 12 - Nothing Else Matterz
MAXXXXXXXXXXXXX!!!!! ta piosenka rzadzi!!! kaseta 2 otwiera sie wspaniala pisenka!! najlepsza ballada na kasecie i w ogole w historii!!!! mega!!! duzo lepsza od elevator version chociaz niewiele sie rozni, ale jednak.....

PIOSENKA NUMER 13 - Until It Sleepz
troszke pedalskie intro, takie cymbalki dziwnem ale... ogolnie nadal jeszcze janie, chlila wytchniecia przed nastepnymi, ogolnie jedna z gorszych.....

PIOSENKA NUMER 14 - 4 Whom The Bell Tollz
MEGA!!! najlepsza na stronie a!!! maxxxx i w ogole!!!! najlepsza calkiem szybka piosenka na swiecie!!!!! a co to sie podczas niej na sesji dzialo :P!!!!! hieh take a look to the orkiesra!!!

PIOSENKA NUMER 15 - - Human
kolejna nowa pozycja, ale o klase gorsza od poprzednich, klimatem przypomina mi troche jakas piosenke z loada i innych tego typu chlamow.... ogolnie takie sobie... jak zawsze orkiestra roxxxx..!!!

PIOSENKA NUMER 16 - Outlaw Torn
maxxxaxaxaxa!!


Karburator AD. 1999
---------------------------------------
słownik archaizmow:
roxxxx - cos fajnego, w wolnym tlumaczeniu: kamieni się
maxxxx - takze cos fajnego. inaczej: wdechowe.
MEGA - prawdopodobnie chodzi o megabajt.
maxxxaxaxaxa - nieznane wyrazenie jezykowe

Fucyngiel

ps. prawdziwe imie i nazwisko autora tejze recenzji tylko do wgladu redakcji.

skomentuj (9)

Modest Mouse - Good news for people who love bad news 2005-09-29 13:59:22



Było leniwe wrześniowe popołudnie, ptaki krążyły sennie nad moim domem, a liście co jakiś czas uderzały w szyby kuchni, w której spokojnie patroszyłem sobie właśnie dzika na obiad. Z przyjemnego rozleniwienia wyrwał mnie dzwięk dzwonka do drzwi. "Kogo licho niesie?" Pomyślałem zły, pojawił się bowiem lęk, iż to ktoś z rodziny i będę musiał podzielić się dzikiem, na co nie miałem ochoty. Nieopacznie otworzyłem drzwi bez sakramentalnego pytania "kto tam". Swoją nieuwagę miałem wytykać sobie jeszcze przez wiele następnych godzin. Ku memy zdziwieniu na klatce schodowej zastałem bowiem dwóch łysych dryblasów, którzy brutalnie chwycili mnie za fraki i wywlekli z mieszkania drąc się przy tym:
- Penetratorzy! Pójdziesz z nami!
- Ale co? Jak kurwa? Zostawcie mnie chuje!
Kątem oka dostrzegłem faceta z kamerą, który czaił się za dryblasami.
- Co jest? Niech ktoś wezwie policje!
Niestety nikt nie zareagował. Jebana znieczulica. Błyskawicznie wywlekli mnie z budynku i wrzucili do stojącego nieopodal vana gdzie zastałem dwóch podobnie jak ja zadziwionych typów.

Witamy w programie "Penetratorzy"! Dziś Andżelika spenetruje mieszkania Amalgamata, Staśka i Wieśka. Dziewczyna nie zna chłopaków i wybierze jednego z nich tylko na podstawie tego co zastanie w ich mieszkaniach! A oto i ona:

Heeeeeeeeej, nazywam się Andżelika, znajomi mówią na mnie Andziuś, mam 17 latek, chcę zdawać na ASP, kofam zwierzaczki i dobre imprezy. Mam nadzieję, że mieszkania chłopców przypadna mi go gustu. Zaczniemy od mieszkania Amalgamata. Jedziemy!

Ooo widze, że mieszkasz w bloku, czy to znaczy, że nie jesteś bogaty? Szkoda, lubie gdy chłopcy mają coś w portfelu. No, zobaczmy, uhh jaki bałagan, wszędzie walają się jakieś notatki, chyba studiujesz, ooo i jak dużo książek, pewnie jesteś oczytany, to dobrze, lubie gdy chłopcy są oczytani. Sama uwieeeeeelbiam Paulo Coelho, mam nadzieję, że ty też. Plakat masz jakiś: "Pink Floyd" Ha, ja też ich lubię, ta piosenka o szkole jest świetna. A co to? Jaki śliczny, gruby kotek. Musisz go dobrze karmić, to słodkie. Niemniej posprzątałbyś tutaj. Łóżko duże, może kiedyś na nim pofiglujemy. Hihi. Hm, ładna wieża, ciekawe czego słuchasz? Ja uwieeeelbiam wprost dobrą muzyczkę, zaraz zobaczymy... "Modest Mouse - Good news for people who love bad news"? No masz, nie znam. Dziwna nazwa, to chyba nie jest pseudonim dj'a? Szkoda... Nic, posłuchamy. Ten wstęp to ja nie wiem po co, róg jakiś... oj ale brzydki wokal, wole takie ładne, czyste wokale, słyszałeś kiedyś Craiga Davida? On ładnie śpiewa. Ten jest dziwny jakiś. W ogóle ta piosenka jest dziwna, niby chwytliwa ale jakoś mało się dzieje, jest tu refren jakiś? Bo to bezsensu trochę. I tekst też bezsensu, wiesz. Zobaczymy dalej. O to już lepsze, nawet trochę poskakać można, ale oj, ciężko, przewracam się... I znowu ten wokal. Ja to lubie przy muzyce się wyszaleć, jak ty szalejesz przy takiej muzyce? To może być nawet ciekawe. Hihi. "Ocean breath salty"... to nawet fajne, bo ja lubie muzykę rockową. Nickelback jest świetny, myślę, że mógłbyś ich polubić. Tej płycie brakuje takich właśnie chwytliwych refrenów jak ma Nickelback, zadziorności tej i wiesz, szczerości w głosie wokalisty. Ma to zadatki na dobrą muzykę, tylko jak dla mnie za dużo kombinują, po co te zmiany rytmu? Mają chwytliwy motyw i tną go nagle, bezsens jak dla mnie. A te przerywiki? No co za głupota. Nie ma to w ogóle rąk i nóg. Widać, że brakuje im techniki, w ogóle refrenu nie umieją zrobić, bo co, wrzask jakiś ma być refrenem? "Dance Hall" O! Może wreszcie coś do tańca będzie?! ...aaa fuu... Co to? Wokalista się chyba upił. Nie, dalej, nie wytrzymam. "Bukowski". To chyba ballada... Chociaż sama nie wiem, ni to ballada ni cokolwiek. Z ballad to ja lubie "Nothing else matters"... I co to jest to "Bukowski"? Uczyłam się angielskiego ale nie znam takiego słowa. Zresztą na to też chciałam zwrócić uwagę, teksty bezsensu są strasznie, pewnie coś palili jak pisali. Hihi. Słyszałeś kiedyś "With arms wide open" Creed? Tam jest dobry tekst. "The devil's workday". Nie wiem czy się śmiać mam z tego czy co? To taki żart jakiś ten kawałek? No bo sorry, żeby robić muzykę nie wystarczy umieć grać prosty rytm na gitarze i dmuchać w dęciaka bez ładu i składu. A ten wokalista się już ostatecznie pogrążył. Pewnie myśli, że jest mroczny. Mroczny jest Valo z Him a nie ten śmieszny koleś. A co to za tekst? "are you dead or are you sleeping? God I shure hope you're dead"? Kogo oni tak nienawidzą? Sorry, niepodoba mi się. "Blame it on the Tetons": Pewnie byłaby z tego ładna balladka gdyby to nagrali The Rasmus bo tak mamy jak dla mnie 5 min nudy! Wokal STRASZNY! Tekst bezsensu oczywiście, na jakich tetonów niby mam zwalić winę? Halo? To jacyś kosmici? I o co chodzi z tym, że wszyscy są oceanem? Nie lubię takiej poezji. Fe. Teraz jeszcze jakieś przekleństwa... uhh... wiesz co, wyłącze już, nie spodobało mi się, duży minus. Ale może masz tu coś przystępniejszego... O "Autechre". Ciekawa nazwa, zobaczymy co to...

W pierwszym domu spodobał mi się gruby kotek, widać, że właściciel dba o niego, może mnie też będzie dobrze karmił. hihi. I dużo książek, musi być oczytany. Nie podobała mi się cała reszta, zwłaszcza bałagan i ta okropna muzyka, umówimy się Amalgamat, że ja będę wybierała kluby do których będziemy chodzić na imprezki oki?

PO PRZERWIE! Andżelika znajduje brudne gacie Staśka i odkrywa spermę na suficie w domu Wieśka!

God, I need a cold one now

Ocena: Świetna płyta. Oczywiście, że nie tak jak "Moon and antarcitica", ale nadal kawał baaardzo dobrego grania. Jedna z lepszych płyt 2004 roku. A Brock jest chyba najlepszym obecnie tekściarzem na świecie.

Amalgamat

skomentuj (3)

Modest Mouse - The Moon & Antarctica 2005-09-28 22:33:06



Zapewne w swoim zyciu slyszeliscie wiele plyt. Z pewnoscia kilka z nich bylo takich, ktore powalily was na kolana od pierwszego przesluchania. Bylo tez kilka, ktore odrzucily was na kilometr i rzygaliscie na same wspomnienie. Podejrzewam jednak, ze najwiecej bylo takich, ktore byly fajne. I nic wiecej. Milo sie do nich co jakis czas wracalo. I nic wiecej. Ale wsrod tych plyt istnieje podzial na takie, do ktorych wraca sie czesciej lub rzadziej. Podejrzewam, ze do tej plyty bede wracal czesto. Podoba mi sie ta plyta, ot co. Melancholia i piekne melodie. To to, co lubie najbardziej w muzyce. I to by wystarczylo za rekomendacje. Bo jesli ktos lubi takie w sumie dosc proste granie, nie pozbawione jednak lekko progresywnych klimatow, to sie nie zawiedzie. Cos jakby te bardziej przebojowe piosenki Porcupine Tree. Lub tez Blackfield, jak kto woli. Pierwsze skojarzenie jakie mi przychodzi na mysl sluchajac tej plyty. A wokalnie to mam skojarzenia rozne. Ni to Billy Corgan, ni to koles z The Cooper Temple Clause, ni to Thom Yorke, ni to niewiadomoco (wiem, to dosc luzne skojarzenia, ale tak mi sie kojarzy ;]). Plyta mila, latwa i przyjemna. W sam raz na dlugie wieczory.

A plyta ta nazywa sie: Pineapple Thief - 12 Stories Down

Ocena: A Modest Mouse i tak ssie pale.

Karburator

skomentuj (5)

Steel Mill - Green Eyed God [1971] 2005-09-28 18:19:41



Pamięć szwankuje. Nie pamiętam kiedy usłyszałem o Steel Mill po raz pierwszy, nie jestem też pewien okoliczności. Wydaje mi się, że kiedyś dwa kawałki poleciały w "Radiostacji", za czasów kiedy ta stacja miała coś do powiedzenia jeszcze. Tak czy owak kiedyś-jakoś o nich usłyszałem i wdzięczny jestem za to losowi. Pamiętam za to dzień kiedy nabyłem ich płyte. Ciepły wiosenny poranek roku pańskiego 2000, Warszawa, Nowy Świat, mniej więcej pora na herbatkę. Rany, cieszyłem się jak dziecko kiedy sprzedawca w "Mega Discu" na moje pytanie odpowiedział "Tak", poczym skasował mnie na 70 zeta i kazał wypierdalać :] Oj, oj, szczęśliwy był ze mnie berbeć wtedy. Obejrzałem sobie najpierw okładke. Typowa dla zespołów z początku lat 70. Jakiś rozsypujący się Mojżesz z laską, rozdzierane na dwa kawałki morze, ludzie których więzi jakiś budynek wyglądający na Aztecką świątynię, zepsuty budzik zakopany w piachu, ręka wyłaniająca się zza horyzontu i twarz schowana pod tym wszystkim. No bełkot. W sleeve note zaś autor z rozbrajającą szczerością stwierdza, że nie ma pojęcia kim są muzycy którzy nagrali ten album, przytacza ich nazwiska i zostawia swój numer kontaktowy zwracając się do mnie, jako do tego kto nabył album, żebym dał mu znać jeśli coś o nich wiem :] Tajemniczo nie? Ja się boje. Może ci ludzie wcale nigdy nie istnieli? :) Z wkładki dowiemy się też, że płyte wydano w roku 1971 i partię fletu w pierwszym kawałku nagrano w toalecie.

Burning, burning!
Everybody's burning!
Fire, fire!
Set the night on fire!


Well. This CD rocks! Ni mniej ni więcej. Mamy tu zbiór zapomnianych przez zły swiat rockowych killerów. Czasem czysto rockowych, czasem mocno progresywnych, ale zawsze z zajebistym, melodyjnym wykopem. (pomijając tam 1,5 ballady) Instrumentarium klasyczne + od czasu do czasu szalejący flet albo saksik i przeszkadzajki. Tylko żebyśmy się dobrze zrozumieli to nie jest jakieś nudnawe Deep Purple czy arcynudne miejscami Led Zeppelin. (Nie macie pojęcia jak się czasem ciesze, że wyleczyłem się z choroby uwielbiania tych zespołów;)) Tu każdy kawałek ma sens, jest ciekawy, wciągający, wyraźnie po coś, zero wypełniaczy (no, poza zamykającym "Har Fleur" ale on trwa raptem 45 sek i jest tak ot, na koniec właśnie). Do tego każdy jest inny! (choć podobny!:)) i na swój sposób intrygujący. Klimat jest jednocześnie typowy jak na tamte lata (no wiecie o co mi chodzi, taki styl przełomu lat 60/70, kumacie czacze?) a z drugiej strony wyjątkowo... duszny, mroczny (nie lubie tego słowa, no ale co zrobić) i taki jakiś szatański :] Ciągle jakieś dudniące kotły, piosenki o tym jak to "Blood runs deep", tu i ówdzie jakiś "devil" przeleci, tam jakaś wiedźma mignie, tu jakiś zielonooki bóg zamruga, jakiś morderca przebiegnie, a wszystko przy świetle księżyca albo płonących świec. Brzmi to trochę jak jakieś rytualne zaśpiewy w środku cieeeemneeego lasu urządzane. Ciężko mi wiecie mówić coś o lirykach bo muszę się odnosić jedynie do tego co słysze, a często nie jestem pewien co to jest. Zatrzymajmy się jeszcze na kwestii wokalu. Tu znów ciekawa sprawa bo niby nie jest on jakiś super wyjątkowy a jednak jest :] Chichot wokalisty w "Mijo and the Lying of the Witch" w który wpada zaraz po spokojnym odśpiewaniu "who will save me, guide me, take me?" nie tyle mnie rusza co wzbudza we mnie poważny niepokój o jego (wokalisty) psychiczną kondycje. To nie jest jakiśtam sobie chichocik upiornej babuleńki tylko rechot szaleńca z siekierą. Oto jest jedna strona medalu bo z drugiej strony jest na przykład poruszające "Summers Child" gdzie ten sam głos jest już smutny, i z goryczą wspomina lata dziecięce upominając także słuchacza, że i on wkrótce będzie patrzył z oddalenia na to co jest teraz. Pytanie tylko czy coś wtedy dojrzy.

Sadness clouds your eyes
You cannot see


W ogóle ten kawałek, skoro już o nim mowa, zbudowany jest z niesamowitej, trochę jazzowej, gitarowej solówki. Jednej z tych które mogłyby się nieść w nieskończoność. Towarzyszy jej rzecz jasna zgrabny basik, leciutka perkusja i co jakiś czas flecik. Oj no, aż człowieka rozpiera takie to ładne. Zresztą to uczucie pewnie już Cię słuchaczu nie opuści. Do tego dochodzi ten dziwny smutek, że to czego słuchasz zostało przez świat odrzucone, zapomniane, że gdyby nie dobzi ludzie z Repertuare Records pewnie w ogóle ze 20-30 osób na świecie znałoby tą muzykę. Czuć wyraźnie kurz którym pokrył się taki styl grania. Kręci w nosie. Potem chcesz wyjść, powiedzieć komuś: "ej, posłuchaj, to jest zajebiste" i nie ma do kogo iść bo przecież kto będzie słuchał staroci takich? "Steel Mill? WTF?" Ja swoje zrobiłem. Powiedziałem wam o tej płycie. Chcecie to posłuchacie. Nie to nie.

PS: Smutex i tak przechodzi kiedy leci bonusowe "Get on the line" które gdyby ktoś teraz wypuścił to jak dla mnie powinno szturmem zdobyć wszystkie rozgłośnie radiowe i listy przebojów. Hicior normalnie, że mucha nie siada. HEY LOVE, GET ON THE LINE, HEY LOVE GET ON!!!

Ocena: Fantastyczny, wyjątkowy album.

Amalgamat

skomentuj (11)

Modest Mouse - Moon and Antarctica 2005-09-27 20:31:36



dryń, dryń.

- Heloł?
- Siemka Amalgamat, tu twój ulubiony kumpel.
- Hej mon, co słychać w Edynburgu?
- Wiesz dobrze całkiem. Poleruje toalety w takim hotelu, 5 funtów godzina. A u ciebie?
- E... gazety roznosze. 5 zł godzina i musze nosić zjebaną czapeczke.
- hehe, tez dobrze.
- Zajebiście wręcz. ALE! Dobrze, że dzwonisz, mam info dla ciebie. Wyczytałem, że w Edynburgu niedługo koncert Modest Mouse będzie.
- Kogo?
- Modest Mouse no.
- Co kurwa?
- To... taki... zespół... muzyczny...
- JAKI??
- Sraki. Wiesz co, pójdź po prostu na koncert, zrób to dla mnie.
- Dobra, dobra, i tak nie mam co robić wieczorami poza seksem i jaraniem zioła na okrągło.
- ...
- ...
- Spierdalaj.

Nie wszystko dociera do nas od razu, prawda? Na przykład świadomość śmierci i kruchości ludzkiego życia najczęściej dociera do nas dopiero gdy faktycznie się z nią zetkniemy. I co, że banał, taka prawda. W którymś momencie życia dociera też do nas, że bajki hanna-barbera wszystkie bez wyjątku sssą, że nigdy nie odkryjemy w pełni mrocznej historii Rysia z Klanu, że upijaniem się do nieprzytomności i robieniem z siebie debila nie zaimponuje się dziewczynom (ten, niektórym znaczy, do pewnej części bowiem też późno dociera, że to generalnie sexy nie jest), że warto się uczyć, że dobrze znać angielski... Przykłady możnaby mnożyć. Do mnie bardzo powoli docierało, że "Moon and antarctica" to jedna z najlepszych płyt w historii muzyki. Ośmieliłem się nawet, do czego przyznaje się niechętnie, po pierwszym przesłuchaniu odłożyć ją opatrzywszy etykietką, o zgrozo, co za ból... "DOBRE"... Tak, nazywam się Amalgamat i jak ostatni pojeb słuchający na codzień ATB określiłem "Moon and antarctica" mianem "dobrej płyty". Kurwa. A Scooby-Doo to "SŁABA" kreskówka. Ale dość tego kajania się! Przejrzałem. Jestem czysty. Ta płyta to rasowy indie-wymiatacz i właściwie jak teraz na to patrze to nie kumam jak mogłem tego nie dostrzegać, jak mogłem przechodzić obojętnie obok szatańskich hooków, kosmicznych kurde riffów, popierdolenie-zajebistych tekstów. Nie wiem, bezradnie rozkładam ręce. Jeśli komuś jeszcze zdaży się źle ocenić ten album to ma zasrany obowiązek spróbować jeszcze raz. Jeśli nie zadziała - jeszcze raz i tak do skutku. Jak Butters gdy miał dostarczyć próbke spermy. Bo ta płyta jest wypełniona ideałami ludzie. Każdy z zamieszczonych tu kawałków zawiera w sobie więcej piękna, emocji, czucia niż niejedna cała płyta indie-rockowa. I o czym to jest wszystko? Kooochaaaani: o życiu, zagubieniu, śmierci, tożsamości, popkulturze, miłości, odrzuceniu, wściekłości, poszukiwaniu, odnajdywaniu, gubieniu, małości człowieka wobec ogromu wszechświata... FUCK. Żeby nie być gołosłownym, weźcie takie "A different city" z autentycznym BEST LIRYK EVER:

I want to live in the city with no friends or family
I'm gonna look out the window of my color tv
I will remember to remember to forget you forgot me


Czujecie coś? Esz, zamknąć gęby, to trzeba usłyszeć. Zresztą zaraz po zostaniu rozwalcowanym wspomnianą piosenką zostaje się rozniesionym na atomy przepięknym, autentycznie ostro zimnym "A cold part" z partią skrzypiec, która uderza prosto w serce, kłuje je bezlitośnie, FUCK. I wśród tej gitarowo-skrzypcowej przestrzeni głos się niesie...

so long to this cold, cold part of the world

Teraz wystarczy, że jedynie pomyśle o tym kawałku i przechodzą mnie ciarki. A moment w następnym "Alone down there" kiedy słodko-cyniczny głosik wokalisty przechodzi nagle w rozpaczliwy wrzask? A 9 minutowy punkt kulminacyjny w postaci "Stars are projectors"? A genialne "I came as a rat"? A "Tiny cities made of ashes" z partią basu niemal (?) tak zajebistą jak w "Money" Pink Floyd. Eh, mógłbym pisać jeszcze godzinami, klękać przed każdym kolejnym utworem, robić loda każdej linijce tekstu, próbować coś analizować, opisać melodie... Za mały na to jestem.

The stars are projectors kurwa.

Ktoś nie wierzy w genialność tej płyty? Ktoś oponuje? Ośmieli się jakiś heretyk?

dryń, dryń.

- Helołka
- Hej, to ja.
- O, i jak byłeś na koncercie?
- Jakim koncercie?
- No Modest Mouse, mówiłem ci przecież.
- Co?
- Uhhh... Nieważne...
- Ta... Ej, a znasz "The Pixies"?
- A znasz Jana Pawła 2? Pixies to legenda muzyki, a co?
- Nie dały mi buraki spać wczoraj, koncert jakiś niemal pod moim domem dawali. Musiałem kurde aż okna zamknąć.
- ...
- ...
- Spierdalaj.

Ocena : Wybitne. Koniec.

Amalgamat

skomentuj (9)

Deeds Of Flesh - Crown Of Souls 2005-09-26 16:37:35



Płyta pełna wdzięku. Melodyjna, spokojna, z interesującymi tekstami. Mimo, że większość piosenek to ballady, ciężko przy tym zasnąć. Wciąga już od pierwsze numeru i trzyma do ostatniego. Dlaczego zespół jest tak mało znany? Tego nie wiem. Czyżby przekaz był za bardzo skomplikowany? Możliwe. Dzisiaj ludzie nie słuchają muzyki. Co najwyżej jest ona tłem do różnych czynności, jakimi są gotowanie, prasowanie, sprzątanie, pisanie listów, zbieranie znaczków, rozmawianie z 13stkami na czatach, spanie, czytanie faktu, obgryzanie paznokci, sranie na kiblu z półka lub bez, oglądanie ‘na wspólnej’, picie mleka, przewijanie dziecka, mycie nóg, cerowanie, szydełkowanie, malowanie, jedzenie frytek, przeglądanie stron porno, rozmawianie o tym jak to się nic nie pamięta z ostatniego wieczora itd. Deeds Of Flesh wymaga czegoś więcej. Czasu i poświęcenia. Trzeba się skupić, wygodnie usiąść w fotelu, zdjąć kapcie i trzymając w ręku książeczkę z tekstami włączyć płytę. Gdy tego nie zrobimy, nie zrozumiemy przesłania jakie kierują do nas autorzy. Już pierwsza piosenka wbija nas w fotel. Pierwsze dźwięki i pierwsza myśl: Pink Floyd? NIE! To jest dużo lepsze. Gitara i perkusja powalają na kolana. Mike Partnoy może się schować, bo tyle uczucia i serca nie znajdziemy nigdzie indziej. Drugi numer to mocne, ciężkie uderzenie i ten cudowny wokal z małą chrypką. Czwórka przyjaciół zza oceanu potrafi zagrać wszystko. W jednym kawałku słychać motywy jazzowe, w innym hip hopowe, a w jeszcze innym inspiracja jest muzyka poważna, oraz country.
Ponieważ nawiązałem już do hip hopu, to trudno nie wspomnieć o warstwie tekstowej. DOF są świetnym przykładem aby pokazać, jak ciekawie można pisać o życiu na blokowisku. Treści bardzo przypominają popkulturę z krokiem w kolanach, jednak istnieje jedna mała (ale jak znacząca!) różnica. Tyle autentyczności trudno szukać czy to w Warszawie, Gdańsku, Poznaniu, czy nawet w czarnej dzielnicy Nowego Jorku. Przykładem może być utwór The Resurrected:

AAAAggghhrrreee ueeerrrrrrrhhh
Urrrrrrrrrryy araahaaaaaaaaa er
Ohhhhuuur urraaura aarraru ira
Hrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr
Hrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr
Rrrrrrooohhr rhrhhrhrhrhhr rhrh
Hr i gruuuur porruuh qrrrrrraaaaa
Razuuuurazuuu bruuuum rauuuauaurrrr

Pewnie nie wszyscy znają angielski, więc przetłumaczę:

Elo, to my, Franek, Gienek, Chudy, Sasza
Ciężko nam się żyje, ponieważ
Zajebali nam kurwa ławkę i nie mamy
Gdzie robić prób, a ostatnio się zakrztusiłem
Jak paliłem zioło i robiłem hrr hrr,
Na szczęście popiłem bronkiem i mi przeszło
Pozdro dla wszystkich ekip z osiedla
Hwdp, a życie jest ciężkie, szczególnie bez ławki


No i co? Prawda, że piękne? Głębokie i prawdziwe. Oni naprawdę są sobą i nie udają kogoś kim nie są. W dzisiejszych czasach jest to rzadkość.
Ponieważ zakochałem się w tej płycie już przy pierwszym przesłuchaniu i jest zapętlona w winampie od 3 dni, ciężko jest mi nabrać dystansu i znaleźć jakieś negatywne strony. A może ich po prostu nie ma?
No dobra. Wiem. Crimson Offering. Rozumiem zapraszać gości do zaśpiewania w duecie, ale dlaczego akurat z Philem Collinsem? Jego głos jest za ostry do takiego rodzaju muzyki.

Ocena: Gdyby więcej zespołów grało jak Deeds Of Flesh, na świecie panowałby pokój i wszyscy byliby szczęśliwi.

Bomadeiros pod wielkos wrażenios Deeds Of Flesh

skomentuj (11)

Sting | Koncert na Torze Służewiec – 24 września 2005 2005-09-25 14:23:57



5 zeta kosztowała mnie ta przyjemność...zważywszy na wielkość artysty, jego dokonania etc. jest to kwota cokolwiek śmieszna. A, zapomniałbym o kosztach dojazdu, ale co tam, czasem warto poświęcić te 50 zł i pojechać do wawki, aniżeli urżnąć się w jakimś klubie do nieprzytomności, (chociaż?...).

Na Służewcu byłem ok. 19, więc Makowiecki przeleciał mi właściwie koło ucha :-( Ach, strata to wielka… Jednak idąc wzdłuż murów słyszałem kapitalne wykonanie utworu „Can’t Get You Out Of My Head”. Zawsze mi się ten cover podobał, jest po prostu ciekawy! Najfajniejszy tyłek świata – Kylie Minogue, byłaby z Ciebie, Tomaszu dumna.

Kayah... jajebie, kto ją tam wpuścił? Gdyby jeszcze tylko dupą ruszała i ‘śpiewała’, to zniósłbym to dzielnie, ale te pierdolenie, co utwór w stylu „Oh, ah, KOCHANI!!! Jak ja się bałam tego występu!!!! Och, ach, przecież wy tutaj przyszliście na STINGA!!! Och AAAACHHHHHHHHHH na STINGA!!!!”. No kurwa mać! Kayah, dla Twojego lepszego samopoczucia – patrząc na poniektórych ludzi, to jakieś 5-10% przyszło niestety (albo i stety, bo wychodzili wcześniej) dla Ciebie.

A Sting? (Btw, zasrany Word cały czas przekręca mi ‘Sting’ na ‘Swing’... czizys) Klasa, chociaż można się wielu rzeczy przyczepić, to ja tego nie uczynię. Skromny, ale w zupełności wystarczający skład w postaci 4 panów. Malkontenci grzmieli – „A gdzie trąbki, klawisze?” itp., a mnie ich brak w ogóle nie przeszkadzał, a co najważniejsze – nie przeszkadzał gitarom, które brzmiały kapitalnie i grały ‘pierwsze skrzypce’! Jak tylko Sting wyszedł, pierdyliard bab + kolega krzyknęli – „Jak on młodo i pięknie wygląda!!!”. No cóż, widać, że sex tantryczny sprzyja ;-). Były hiciory, były i mniej znane, ale bardzo dobre kawałki. Wszystko zaśpiewane i zagrane profesjonalnie i z jajem. Sting udowodnił, że jest mistrzem melodii i aranżu. Warto było i w sumie nie żałuje, mimo iż musiałem się przecieskać w 150 tysięcznym tłumie, a tego, jajebie, nienawidzę!

Ocena: Pomarańcz – dzięki za koncert, ale organizacyjnie to prawie porażka! A i ten notoryczny brak zasięgu!!! Jebane żabojady!!!

Szlafmyca

Dla formalności – setlista:

Message In A Bottle
Demolition Man
Spirits In A Material World
Synchronicity II
The Hounds Of Winter
If I Ever Lose My Faith In You
Driven To Tears
Heavy Cloud No Rain
Invisible Sun
Why Should I Cry For You
Fields Of Gold
A Day In A Life
The Soul Cages/King Of Pain
Voices Inside My Head
When The World Is Running Down
Roxanne
Desert Rose
Next To You
Every Breath You Take
Fragile

skomentuj (4)

Paatos - Timeloss 2005-09-23 00:43:40



Poniewaz niektorzy z was slyszeli juz Kallocain grypy Paatos, postanowilem przyblizyc wam pierwszego longpleja tejze formacji. To jedna z tych plyt, ktora fachowcy chrzcza mianem przelomem w art-jazz-byork-ambient-d&b-pop-rocku. Jakby zas powiedzial to inny moj znajomy fachowiec muzyczny: trzeba miec wielka odwage, aby w tych czasach grac taka muzyke. Ale powiedzmy sobie szczerze, krotko i zwiezle: jest to plyta zryta. Muzyka przedstawiona jest zjebana, poplatana, dziwna, niebanalna, trudna i tak naprawde niepodobna do niczego. Nawet utwory na niej zawarte nie sa podobne do siebie. Sensor zaskakuje jazzowymi wstawkami oraz pojebana byorkowata linia wokalna, Hipnotique spokojem i duchota. They Are Beautiful to 8 minut bardzo przyjemnego i spokojnego plumkania bardzo cieplej gitarki i saksofonu. Wszystkie zaś kojarza mi sie z zadymionym lokalem, zmyslowymi kobietami i dobrze ubranymi facetami. Plyte konczy Quits, 8 minut odprezajacego, wyciszajacego oraz bardzo przyjemnego dramendbejsu, z kompletnie zryta koncowka, ktora sugeruje, ze instrumenty zostaly popsute, gitarzysta sie najebal, a wokalistka poszla do domu. Nalezy wiec podazyc jej sladem i wrocic za tydzien. Ogolnie rzecz biorac: wokal? Bomba. Warstwa intrumentalna? Jeszcze wieksza bomba. Nastroj? Bomba nuklearna (sam sobie przyczepiam medal z ziemniaka za chujowy dowcip). Czy cos pominalem? TAK. Tea. Jest to szwedzka ballada (wnioskuje po braku zrozumienia tekstu oraz pochodzeniu zespolu), ktora prawdopodobnie moznaby sluchac na okraglo i nigdy sie nie nudzic. To jeden z tych utworow, na okreslenie ktorych nie zostaly wynalezione odpowiednie przymiotniki. Cudny, sliczny, przepiekny, smerfny? Banaly. Tea. W obecnosci tego utworu nie powinno sie nawet przeklinac, bo nie wypada. Mozna co najwyzej milczec. A i tak nie za glosno.

Ocena: Rewelacja dla niektorych. Reszta powinna wyjsc, bo tylko stoliki zajmuje.

Fucyngiel

skomentuj (10)

Enslavement Of Beauty - Traces 'o Red 2005-09-20 23:09:20



Z takiego grania wyroslem kilka lat temu. Doom/goth metalowe pierdy z facetem i kobitkom na wokalu. A takie jest wlasnie Enslavement Of Beauty. Tzn. - zawsze myslalem, ze takie jest. Mile rozczarowanie?

Fajne intro. Plumkajaca woda. Oryginalnie. Odglosy natury zawsze relaksowaly mnie na tyle, ze az puszczaly mi zwieracze. I znowu musze sprzatac, kurwa. GRRARRARAR! Pierwszy regularny numer zaczyna sie growlem, jak to na porzadny zespol przystalo. (swoja droga, calkiem niezly riff). I tu nastepuje pierwsze zaskoczenie. Nie jest smutno. Jest szybko, melodyjnie i prosto w morde. Growling raczej z tych skrzeczaco-blackowych, ale na boga (Ten bog to chyba nie na miejscu tutaj. To przeciez SATANISTYCZNA recenzja. Serwis Tapczan czci tylko Lucyfera. Szatan z wami!) niech wam nie przyjdzie w tym miejscu do glowy pan Dani 'och-jaki-jestem-mroczny' Filth. To nie ta klasa wokalu. Pan z Enslavement Of Beauty wie jak porzadnie wydrzec morde, nie popadajac przy tym w smiesznosc. Jak growlow od dluzszego czasu nie trawie, to tu mi to pasuje. Ba, podoba mi sie nawet. Be Thou My Lethe And Bleeding - jakies skojarzenia? TAAK! Enslavement Of Beauty po raz kolejny popisuje sie oryginalnoscia. Dla niewtajemniczonych - byla sobie kiedys taka fajna kapelka, co sie zwala Theatre Of Tragedy. Slusznie, lub tez nieslusznie, przez niektorych nazywana pierwszym doom/gotyckim zespolem z prawdziwego zdarzenia. A czym sie wyrozniali? Uzywaniem staroangielskiego w swoich tekstach/tytulach. Ale w sumie, to po chuj ta dygresja? Kawalek daje rade. Nie smuci, nie nudzi. To plus. Och... Chyba sie rozpedzilem troche z tym nienudzeniem. Dreams - znosny riff. Dobra melodia. Wokal z powerem. Ale to wszystko juz bylo w poprzednich dwoch kawalkach. Zero urozmaicenia. I juz nie jest tak fajnie i milo. Chociaz dla niektorych moze to byc zaleta. Wiemy czego od zespolu mozna sie spodziewac. Nie zaskocza nas niczym. Dalej bedzie tez mocno i z przytupem. Do machania lbem na gotycko/metalowych potancowkach. Ale nie do sluchania. Nudzi sie po kilku kawalkach. Ciagle to samo. Nawet stosunkowo fajne riffy nie sa w stanie odpedzic tego wrazenia, ze ciagle slucha sie tego samego kawalka. To samo tempo, podobne melodie, totalny brak urozmaicenia wokalnego. I tak od poczatku do konca. Zatrzymam sie szerzej tylko przy jednym numerze. I Dedicate My Beauty To The Stars. To takie opus magnum tego albumu. Kawalek ktorego tekst wszystkie smutne, nastoletnie, ubrane na czarno osobniki plci nieokreslonej powinny miec wydrukowany i powieszony nad lozkiem. O, przepraszam, trumna.

I dedicate my beauty to the stars
I soliloquize and kiss my precious scars
I dedicate my suicide to thee
Soon to drift blissfully


Piekne, nieprawdaz? I tym pozytywnym akcentem zegnam sie juz z panstwem. Milego wieczoru. Komentowal dla panstwa Dariusz Szpakowski.

Ocena: Muzyka nie tylko dla smutnych i mrocznych. W ograniczonych dawkach 1-2 utworow na dzien wchodzi calkiem przyjemnie. Wieksze dawki moga powodowac niestrawnosc.

Dariusz Szpakowski vel. Karburator

skomentuj (2)




Ale o co tu chodzi?

Napisz do nas

Księga Gości

Archiwum

2006
marzec
2005
grudzień
październik
wrzesień